Im dalej w las... Czyli o studzienkach kanalizacyjnych i rozwoju myśli technicznej
Czy ćwierć wieku temu były prefabrykowane studzienki kanalizacyjne? Oczywiście. Czy coś z nich jeszcze dziś pozostało? Najczęściej marne resztki. Taki był beton jakie były normy.
Czy ćwierć wieku temu istniały prefabrykowane studzienki kanalizacyjne? Oczywiście. Czy coś z nich jeszcze dziś pozostało? Najczęściej marne resztki. Taki był beton jakie były normy.
Przynajmniej w odniesieniu do studzienek kanalizacyjnych. Nie mogło być więc mowy o studzienkach stricte betonowych - stosowanie betonu wysokiej klasy nie wchodziło w grę. Koniecznością był żelbet. Czy może raczej słaby beton, „zazbrojony” w stopniu umożliwiającym dowóz studzienki na budowę, najlepiej na jak najkrótszej trasie - i możliwie bezawaryjne posadowienie jej w wykopie. Koniecznością też było stosowanie pierścieni odciążających, bo trzeba przyznać, że studzienki wredne były i obciążeń komunikacyjnych nijak przenosić nie chciały. Nie było również mowy o studzienkach z kręgami łączonymi na uszczelki.
Czas mijał, technika poszła do przodu. W połowie lat dziewięćdziesiątych na rynku pojawiły się pierwsze studzienki z dobrego betonu. Klasa B-45, mała nasiąkliwość, duża mrozoodporność, świetna wodoszczelność. Oczywiście przy tej klasie betonu nie było konieczności dodatkowego zbrojenia. Przyjmowane na początku z niedowierzaniem (bo po co komu taki beton, skoro i tak to się zakopie) zyskiwały sobie szybko zwolenników wśród inwestorów, wykonawców, projektantów. Studzienki z tzw. żelbetu odchodziły w niepamięć, zabierając ze sobą pierścienie odciążające – w „nowych” studzienkach już się tego nie stosowało. Na przestrzeni kilku lat studzienki te wyrobiły sobie dobrą renomę. Nie rozsypują się, są trwałe, szczelne, działają tak jak powinny. Coraz więcej firm zaczyna je produkować, bo warto.
Ale Polska to jest taki ciekawy kraj, w którym co jakiś czas stare wraca. Obojętnie w jakiej dziedzinie: w telewizji, muzyce, polityce. Zdawać by się mogło, że czego jak czego, ale studzienek to nie dotyczy. Niestety nic bardziej mylnego. Dotyczy - jeszcze jak…
Od jakiegoś czasu ni stąd ni zowąd w projektach, w specyfikacjach, w wymogach inwestorów (SIWZ), znów zaczęły pojawiać się studzienki żelbetowe. Czemu? Nie wiadomo. Może komuś doskwiera tęsknota za czymś, co już było? Chociaż przyznać trzeba zapisy te poziom trzymają, teraz żelbet już ma być bardziej „europejski” - na bazie betonu klasy C35/45, czyli dawniejszego B-45. Z żelbetem powróciły również pierścienie odciążające. Że stosowanie ich w tego typu studzienkach nie ma uzasadnienia, że podroży to inwestycję? A jakie to ma znaczenie. Że zbrojenie kręgów, ze względu na możliwą korozję wewnętrzną, przyniesie więcej szkód niż pożytku? Nieważne. Tak rzecze specyfikacja. I tego należy się trzymać.
Lektura specyfikacji utwierdza w przekonaniu, że najczęściej wykonywaną operacją przy ich tworzeniu jest funkcja kopiuj-wklej. Zapisy z jednej specyfikacji, przenoszone są do kolejnych, a te znów do następnych, w sposób dowolny i niekoniecznie układający się w logiczną całość. Zapisy ze starych, a może jeszcze starszych specyfikacji pojawiają się w nowych i żyją tam własnym życiem. Nieważne, że często są to zapisy sprzeczne, że jeden zapis wyklucza inny, że często świadczą o walce jaką sporządzający stoczył sam ze sobą, zanim legł w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Jeżeli będą wątpliwości, to przecież zamawiający odpowie na nie na etapie zapytań, tak ma być.
Tylko czy tak być powinno? Co myśleć o notorycznym powoływaniu się w specyfikacjach na normy wycofane lub zastąpione innymi? Czym tłumaczyć zapisy w stylu „studzienki kanalizacyjne o średnicy 1500mm, wykonane zgodnie z normą PN-EN 1917:2004”, kiedy zakres tej normy kończy się na średnicy 1250mm? Komu i do czego może być potrzebny atest higieniczny PZH, dla studni wbudowywanych na kanalizacji sanitarnej? Jak odnieść się do wymogów typu: „płytę denną wraz z kinetą wykonać należy ze zbrojonego betonu” (szczyt myśli technicznej takie zbrojone kinety). Co powiedzieć o takich nowatorskich rozwiązaniach, występujących równocześnie, jak: „prefabrykaty łączone na uszczelki samosmarujące”, gdzie już wydawać by się mogło, że zamysł dotyczył pracującego połączenia i „złącza prefabrykatów powinny być zaspoinowane i zatarte na gładko zaprawą”, z czego wynika, że całą konstrukcję należy jednak usztywnić? Ale faktycznie w tym przypadku przynajmniej uzasadnione będzie zastosowanie pierścieni odciążających. Trzeba przecież jakoś ochronić taką ładną spoinę…
Same pierścienie odciążające w studniach to temat rzeka, a ich sens istnienia tłumaczony jest na kilka sposobów. Raz mają zapobiegać zapadaniu się studni, innym razem zapadaniu się włazów, w zależności od tego, co tam kto jeszcze ze starych czasów pamięta. Na nic opracowania autorytetów w branży, stwierdzające bezzasadność stosowania tego tworu inżynierskiej fantazji. Co oni tam wiedzą.
Ciekawostki wyjęte ze specyfikacji można by mnożyć w nieskończoność, popatrzmy na jeszcze jeden przykład: na jednym z zadań i zapis dotyczący typowych studni na kanale 200mm: „należy stosować studnie DN1000 przy wysokościach do 5,0m i studnie DN1500 przy wysokościach powyżej 5,0m”. Ciekawe czym kierował się sporządzający specyfikację? Pewnie sobie tylko wiadomymi przesłankami, bo trudno znaleźć uzasadnienie dla różnych średnic studni, w zależności od ich wysokości. A czym niby różni się studnia o wysokości 4,99m od 5,01m? Obliczenia konstrukcyjne dla studni wykonanych wg normy PN-EN 1917:2004, wskazują na możliwość ich wbudowania na głębokości nawet do 10 m. Ten zapis spowodował zresztą dalsze, absurdalne czynności, tym razem projektanta, który zaprojektował studnie. Trzymając się tego, co w specyfikacji, zróżnicował średnice studni zapominając, że wysokość studni mierzona jest od kinety do terenu, natomiast poziom posadowienia studni to dodatkowe 15cm (grubość dna). Stoją więc koło siebie dwie studnie, pozornie takie same, a jednak jakże różne: DN1000 (5,14m) i DN1500 (5,16m). Ta wyższa (o 2cm) pewnie lepsza, bo znacznie droższa.
Jako producenci na co dzień spotykamy się z zapisami, które niejednokrotnie, gdyby miały być stosowane „od deski do deski”, uniemożliwiłyby prowadzenie budowy. Tak sformułowane zapisy stwarzają dalsze możliwości interpretacyjne, na kolejnych poziomach decyzyjnych - a wykonawcy zamiast realizować budowy, stosując materiały o jasno określonych parametrach, tracą cenny czas na dodatkowe wyjaśniania tego, co powinno być określone na etapie przetargu i przedkładają kolejne, często nikomu niepotrzebne dokumenty do zatwierdzenia.
Dziwić może tylko fakt, że ktoś, kto opracowywał takie twory, otrzymał wynagrodzenie za swoją niewyobrażalną fachowość, połączoną z niebywałą znajomością przepisów budowlanych. Może gdyby inwestorzy baczniej przyglądali się tym „opracowaniom”, albo wreszcie zaczęli zatrudniać kogoś, kto potrafi ich życzenia zamienić w słowo pisane i w sposób zrozumiały przelać na papier - zaświeciłoby jakieś światełko w tunelu?
A tak na pytanie „czy może być lepiej?” odpowiedź nasuwa się sama, jak w klasyku - radiu Erewań (starsi pamiętają): zasadniczo tak, chociaż, gdyby miało być, to pewnie już by było.